Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Monday, 22 May 2017

Jak sie NIE podrywa mRufy.

Taki anty-poradnik, bo ja zawsze wszystko mam w poprzek i na opak.

Otoz, mRufa bedaca jednosta plci zenskiej, czyli czlowiek-kobieta-ktora-woli-bywac-samochodem, ma preferencje takie bardziej oldskulowe i konserwatywne, mianowicie preferuje plec przeciwna.

Nie afiszuje sie za bardzo z tymi pogladami, co czasem sie na niej msci bo na przyklad pada ofiara zainteresowan osob z preferencja monochromatyczna.
No tak czasem bywa, ale szczesliwie bez przesady.
Jednak w ogolnym rozrachunku tak mniej wiecej trzy do jednego pada ofiara zainteresowania osob rownie konserwatywnych w pogladach jak ona, czyli jednak tej plci przeciwnej.
Bez szalu, umowmy, sie ale na tyle, zeby NIE mogla narzekac na totalny brak.
Co jest czasem gorsze niz brak, bo niewlasciwy-acz-zainteresowany osobnik to jak policzek w niezbyt wybujale Ego.
Ale mniejsza z tym, bo narzekac nie ma podstaw, nieprawdaz ;).
I teraz uwaga. 

Jak NIE podrywac mRufy.

.....1.....
Otoz nie zaprasza sie jej do kina, na film na ktory mRufa z zapraszajacym nie zostana wpuszczeni, bo sa za starzy, jesli nie ma sie poczucia humoru i dystansu do siebie, bo mRufa zabije Was smiechem.
Siebie tez.
Osobnik z brakiem stosownej “funny bone” po prostu zostanie wmieciony w szczeliny podlogowe lokalu, bez szans na rehabilitacje.
Przyklad
Zostal opisany o tu, wiec nie bede sie powtarzac nieprawdaz.

.....2.....
Nie nalezy zakladac, ze mRufa bedzie sie zachowywac, tak jak sobie osobnik wyobrazil, wymarzyl i we wlasnej glowie juz przezyl, bo pozniej bywa ciezko zdziwiony, gdy w glowie uslyszal “I do”, a realia to bedzie mRufa albo turlajaca sie ze smiechu po posadzce, albo mRufa pukajaca sie energicznie w czolo i sugerujaca takie oto lekarstwo.

.....3.....
Nie nalezy rowniez zakladac, ze po przejsciu przez gre przedwstepna (chodzenie luzem oraz za raczke) w rzeczonej wyobrazni mozna w realiach przechodzic do rekoczynow, bo mRufa z zaskoczenia moze sie najezyc, a w ekstremalnych przypadkach nawet przylozyc bykiem. A juz cios szpila sarkazmu jest NIEUNIKNIONY.
No coz, ten typ tak ma.

Przyklad 2 i 3
Jest w Kolchozie (nie w Lochach) taki jeden.
Gollum na niego mowie i to wcale sama nie wymyslilam, tylko nie swiadomy niczego Przebrzydluch kiedys rzucil taka mysl i totalnie sie przyjelo.
Gollum kiedys popelnil blad taktyczny, mianowicie zasugerowal dostawcy, ze moga byc problem ze zrozumieniem mnie bo jestem innostrancem. Bylam w Kolchozie juz 2 lata moze nawet z hakiem i troche sie zapienilam.
To znaczy najpierw zasiegnelam jezyka u roznych osob, dowiedzialam sie ze nie prawda, bo oryginalne sformulowania, owszem podnosza poziom endorfin, ale nie zaciemniaja przekazu i w ogole mam wziac ten Niepierdol, 3 razy dziennie po2 tabletki, bo komplementow nie beda mi prawic w sparawch oczywistych, jakby sie nie szlo ze mna dogadac to by mi nie przedluzyli umowy na czas nieokreslony.
Przyjelam to do wiadomosci i dopiero sie wtedy zapienilam.
Odrzucilam propozycje interwencji osob trzecich bo w Kolchozie, ktory jest miedzynarodowa organizacja charytatywna takie zachowanie jest niedopuszczalne, wbrew misji wizji i halucynacjom i wzielam sprawe w swoje rece – otoz wcale nie pobilam barana ani nie pocielam mu opon tylko powiedzialam, ze nastepnym razem niech mi zrobi uprzejmosc i w takich paszkwilach nie dodaje mnie do wiadomosci bo robi z siebie idiote, a jak ma problem ze zrozumienim mnie to albo niech sie przestanie do mnie odzywac, albo niech mi to powie bezposrednio. Koniec przekazu.
Jakos kompletnie nie widzial powodow narzekac w temacie zrozumialosci tego przekazu.
Dziwne co?
No w kazdym razie totalnie stracil jakiekolwiek szanse na pozytywne nastawienie z mojej strony.
Minelo pare lat i zaczal sie ze mna probowac spoufalac. Teraz wiem ze byly to proby rekoczynow po podboju przedwstepnym w jego glowie, ale zle trafil.
Ze sie najezylam to malo powiedziane.
Jego szczescie ze wzrosu nikczemnego bo mniejszych od siebie nie bije.
Ale widac byl to blad, bo pare lat pozniej – wytrwala zaraza co? – zaczal mnie zaczepiac w temacie moich wycieczek samochodowych, bo jak sie okazalo jedna z moich wycieczek zabrala mnie tam gdzie mieszka jego rodzicielka oraz siostra.
Zaczal obrzydzac mi miejsce gdzie jak sadzil bylam i zachwalac regiony jego rodziny.
Bedac jednsota prosotolinijna, od pierwszego kopa uczciwie odpowiadam co mysle, a pozniej dopiero sie zastanawiam czy nie bylo w pytaniu haczyka, wiec odparlam, ze gowno prawda bo tam tez bylam i pewnie ze ladnie ale bylam tez w piekniejszych miejscach.
Na co zachecajaco poinformowal mnie, ze on ma tam mete i ze jedzie za miesiac.
Jako kobieta prosta pogratulowalam mu koneksji i temat byl dla mnie zamkniety.

Otoz odkrylam pare miesiecy temu ze grubo sie mylilam.

Bo tak mniej wiecej rok temu z haczykiem  zlapal mnie w kuchni w Lochach i zapytal co ja sadze o tym, zeby on sobie kupil camper vana, czyli tak i samochod w ktorym mozna pomieszkiwac. Bo on sie zastanawia i mysli nad tym czy kupic tego campera, czy moze kabriolet.
Na to ja znowu, odruchowo szczerze rzeklam, ze jak go stac na dwa samochody to niech sobie kupuje co chce, bo mnie ani jeden typ ani drugi samochodu nie rajcuje.
Z mina kopnietego szczeniaka Gollum zaprzestal inwigilacji.
Ale nie na dlugo, bo kilka miesiecy temu temat kabrioleta powrocil i rzucil sie na mnie w kuchni w Lochach.
Co ja mysle o kabrioletach?
Odparlam, ze fajne zabawki jak kogos stac na 2 samochody, mnie zas nie stac.
Tym razem zapikaly mi lekko swiatelka alarmowe bo pogawedka zaczynala sie robic upierdliwa. Mianowicie nie udalo sie zamknac tematu zwyczajowym “jak masz fundusze to se kupuj co ja bede ci zalowac”.
W koncu powiedzialam uczciwie, ze z mojego punktu widzenia kabriolet, szczegolnie tzw ragtop czyli ze szmacianym dachem, jako podstawowy srodek transport, to na Wyspy pomysl bardzo sredni. Jako, ze pogoda nas generalnie nie rozpieszcza – wiatry jak nad Baltykiem, dzien bez deszczu to dosc rzadki przypadek ja juz tydzien bez deszczu to prawdziwa rzadkosc, zima cieplo ucieka wiec spalanie rosnie bo ogrzewanie itp, no i co najwazniejsze, dla Golluma to nie problem (wiem zlosliwie, ale juz mialam go dosc, a poza tym on na prawde ma prezencje Golluma, w szczegolnosci w gornych partiach jestestwa), ale z mojego punktu widzenia owszem, problem.
Zadna ze mnie Bridget Jones, ale skutki uboczne mam po przejazdzce takim pojazdem identyczne.
Obrazek widac skad. Podobienstwo dotyczy WYLACZNIE formatu koafiury "po". NIE koloru.
Zgryzliwosc pomogla, odczepil sie ode mnie , ale kurde znowu nie na dlugo.

Z jakiegos powodu niedawno znowu rzucil sie na mnie z tematem Kornwalii i lokali mieszkaniowych.

Dodam tu, ze przez te wszustkie lata nigdy nie wpadl na pomysl zaproszenia mnie na 'kawe', czy cokolowiek innego, wiec kompletnie nie przechodzilo mi przez mysl, ze to jego gledzenie ma jakikolwiek zwiazek ze sprawami kontaktow damsko-meskchi czyli tzw upodoban (oprocz tej proby rekoczynow 4 lata temu, ale uznalam temat za zamkniety, bo i wtedy zadnych sygnalow nie bylo).

Mianowicie rozmowa wygladala tak:
- A wiesz ze zaraz rzut beretem of tego Mitak Theatre, w tej sasiedniej lagunce, to sa wlasnie bloki mieszkaniowe?
- O? (zdziwilam sie kurtuazyjnie, bo mnie to lotto), nie wiedzialam.
- Moja siostra tam mieszka.
- Aha (przyjelam do wiadomosci z totalnym brakiem ognia w jestestwie)
- Tak i te mieszkania sa super tanie.
-Tak? (lekko juz nieobecnie odparlam)
- No na prawde, wiesz jakbym sprzedal swoj dom w K, jednosypialniowy, to moglbym za te pieniadze kupic super apartement w tych blokach. Jak myslisz?
WTF? rozleglo sie w mojej glowie
- Acha?
- No na prawde.
- No ale co tam bedziesz robil?
Zapytalam odruchowo ja, bo na takim zadupiu, a urokliwe, czy nie to jednak jest zadupie, ozywajac wylacznie w sezonie turystycznym i spotkalam sie z niezrozumieniem.
- ??
-  No gdzie tam znalezc prace?
- No mozna by przeciez pracowac zdalnie.
- Ze w sensie co?
- No wiesz, moglabys przeciez robic to co robisz tylko zdalnie.
ALERT, ALERT, RATUJ SIE KTO MOZE, RUN FOR THE HILLS, ryczy alarm w mojej glowie, a ja zaczynam kombinowac.
- Ze niby ja?
- No.
- A nie to odpada, ja zdalnie pracowac nie zamierzam. Wiesz pomysl moze i dobry, ale tak blizej emerytury
-...?
- A ja wciaz jestem piekna i mloda wiec jeszcze o tym nie mysle, to chyba oczywiste, nie? (SARKAZAM)
Gollum vs mRufa 0-1 mysle sobie i juz zaczynam sobie gratulowac w myslach...

Za wczesnie!
- No ale wez, przeciez to tak tanio.
- No owszem, ale przeciez wiesz, ze to wynika z faktu, ze pracy tam nie ma, wszedzie daleko. Pieknie owszem, ale to za malo.
- Znaczy nie?
- No w tej chwili na pewno nie.
Koniec rozmowy.
Odetchnelam z ulga.
A Gollum przez kolejne tygodnie traktowal mnie oschle, normalnie jakbym zerwala zareczyny conajmniej.
Dramat, powloczyste spojrzenia, mina zbitego psa, no nie?
Tydzien temu, siedze sobie przy biurku w Lochach, nic nie podejrzewajac, gdy podbiega do mnie Gollum, radosny, bez mala w podskokach.
- Kupilem!
- ?? patrze nieco baranim wzrokiem.
- Kupilem MX5! Kabriolet!
- No to swietnie. Gratuluje.
Odparlam ja usilujac nie zabrzmiec jakbym to miala tak gleboko w odwloku jak to na prawde mam.
- Ma 52 tysiace mil
Ale to jednak samochod, a niestety motoryzacja na mRufe zawsze dziala...
- Ktory...
- ale jest w swietnym stanie!!
- Któ...
-poprzedni wlasiciel byl bardzo stary i malo jezdzil!!
- KTORY ROCZNIK?
- a... 2007 (klamstwo bo 2006, widzialam rejestracje....)
- No to faktycznie nieduzy przebieg (ja tyle trzepnelam przez 3.5 roku, a i to tylko dlatego ze od 2 lat mniej jezdze), a jaki...
- normalnie w nim lezysz!!
- kolor??
- biegi zmieniasz nad glowa! jeszcze nim nie jezdzilem. A taki ciemnoszary.
- Jak to NIE JEZDZILES? – tu uczciwie zaszokowana wykrzyknelam.
- No bo dopiero go odbieram i jeszcze nie mialem okazji.
Tak, ze tak.
Koniec Przykladów.

Poradami w przeciwna strone sluzyc nie moge jakby co.

Nie wiem jak ja skutecznie poderwac, te mRufe.
Jeszcze sie nikomu trwale nie udalo ;).

Monday, 15 May 2017

Niszczyciel mRufa improwizuje czyli mRufa vs deser na zimno.

Mam taka ciotke.Nazwijamy ja ciocia UT. To jest ciocia przyszywana, swoja droga musze do niej zadzwonic.
Ciocia UT na imprezy rodzinne (na ktorych bywala jej rodzina, nie moja) zawsze przygotowywala swoje dwa sztandarowe desery.
Piszyngera, ktorego lubilam, ale nie na zaboj bo nadziany byl troche za czekoladowo, a juz wtedy zaczynala “hartowac sie stal” moich guscikow i upodoban, a takze biszkoptowa galaretke.

Biszkopty, nie biszkopt, czyli takie ciastka, ktore czesto w  moim domu bywaly, a ktorych ja okropnie nie lubilam, bo byly i sa po prostu NUDNE, nabieraly nagle intrygujacego smaku i zabawnej konsystencji.

Zapytana kiedys jak to sie robi ciocia, dosc ogordkowo mi wyjasnila jak to mniej wiecej sie robi.
Z czasem odkrylam, ze pytanie jej o przepisy czy metody robienia skutkuja tym samym, czyli ogrodkowa informacja typu “na oko” i do dzis nie wiem czy ciocia miala takie opory przed ujawnianiem sekretow, czy moze faktycznie robi wszystko na wyczucie oraz tzw “oko” (jak zreszta i moja RO, tyle ze RO czasem posilkowala sie cudzymi przepisami, wiec tego.
Minely lata, ja doroslam, w miedzyczasie nie zatrulam nikogo moimi potrawami podpatrzonymi u RO, a takze improwizacjami i udalam sie na obczyzne. Znaczy na Wyspe.

Tak, gogle czasoprzestrzena wzuwamy i skaczemy do...
Grudnia 2006 w O. Powiedzmy pierwsza polowa.

Zblizaja sie swieta i Lochy zaczynaja przygotowania do masowego zbiegowiska pt IS Xmas Lunch.
Impreza w owych latach polega na tym, ze rezerwowane sa 3 salki konferencyjne, ktore da sie zintegrowa w jedna duza, podpieprzane sa skads stoly (teraz juz wiem, ze sa to takie skladane stoly udostepniane salkom w miare potrzeb), ustawiane sa w tramwaj po 3 scianach in a tych stolach udekorowanych swiatecznie wystawiana jest pasza wokol ktorej jak sepy kraza wyglodniale Zombiaki z Lochów, a nastepnie podkarmione zaczynaja brylowac towarzysko. 
Zombiaki na pastwisku
Pasza bierze sie z dwoch zrodel – od nas, albo z lokalnego supermarketu na T.
Kazdy ma wybor – cos zadeklarowac, ze przyniesie albo rzucic piataka do kapelusza.
Ja wzielam w imprezie udzial pewnie ze 3 razy w ostatniej dekadzie, z czego chyba raz w ostatniej 5ciolatce, bo zbiegowisk jakichkolwiek nie lubie.
No ale to moj pierwszy raz nieprawdaz. Inostrancow w Lochach nie ma wiele wiec kazdy jest atrakcja i tak to raz w zyciu bylam atrakcja.
To znaczy ogolnie jest miedzynarodowo, ale ja bylam pierwsza zatrudniona jednostka, ktora nie wymagala wizy itp, a rownoczesnie pierwsza z Planety Ojczystej w Lochach.
I chyba z tego przejecia, ze jestem az taka atrakcja, zamiast kopsnac 5taka i olac temat, zadeklarowalam ze dostarcze ptasie mleczko, a oprocz tego moze cos sama popelnie.
O charakterze deserowym – gotowanie kapusty postnej mialam w planach dopiero na Wigilie, z okazji pierwszej wizytyFadera.
W glowie mianowicie stanela mi (podrygujac) ta biszkoptowa galaretka mojej cioci.

Powinnam byla od razu wtedy wziac rozped na najblizsza sciana i walnac sie pozadnie w glowe – moze to by mi glupie pomysly ze lba wybilo.

Pierwszym problemem bylo namierzenie biszkoptow, bo nie lubiac ich nie szukalam ich na Wyspie ani w pierwszej turze migracyjnej, w poznych latach 90tych, ani w moich pierwszych miesiacach obecnej tury.
Nastepnie zdobycie galaretek w proszku, co bylo jeszcze fajniejsze bo na Wyspie funkcjonuja skoncentrowane galaretki do rozprowadzania w wodzie, a balam sie ze sobie z tym nie poradze i sie mi zle rozpuszcza itp.
Kupilam nawet tortownice!
Ciocia robila ten frykas w szklanej salaterce i serwowala go w porcjach na talerzykach. Ja bedac w moim pierwszym kwartale w wynajetym lokalu umeblowanym i nawet z kuchnia uzbrojona w romaite losowe naczynia i narzedzia (oprocz sztuccow, ktore kupilam sama za jakis smiesznym pieniadz i uzywam do dzis), salaterki nie mialam in a talerzykach tez serwowac nie zamierzalam. Stad wyobrazilam sobie uroczy tort galaretkowo-biszkoptowy na tacce i tyc hwszystkich wspol-lochowiczow zajadajacych sie z zachwytem... ech ma sie te wyobraznie...
Majac te kluczowe skladniki, zamiast, jak to mam obecnie w zwyczaju zaplanowac probe generalna przed wlasciwym wystepem, odczekalam do dnia przed impreza i po pracy przystapilam do produkcji.
Rozrobilam pierwsza galaretke (bo w ogole zaplanowalam, ze bedzie z szykanami, kolorowo i warstwowo), przygotowalam tortownice, wylozylam dno biszkoptami i zaczelam zalewach galaretka numer jeden.
Co bylo dalej wypadalobym przemilczec, ale mijaloby sie z celem gdyz jest to wpis ku przestrodze i uciesze czytaciela.

Mianowicie lalam te galaretke, a jej nic nie przybywalo w tortownicy. Oczywiscie kaluze na stole zauwazylam dopiero jak zaczela splywac na ziemie...

Okazalo sie, ze galaretka ma mniejsza gestosc w formie cieklej niz dowolne znane mi ciasto i w zwiazku z tym wycieka z tortownicy.
No kto by pomyslal, nieprawdaz??
Pogratulowalam sobie glosno bystrosci umyslu. 
Inzynier jak z koziej dupy waltornia...

Pora byla taka, ze lokalne sklepy z naczyniam ido pieczenia nie byly dostepne, zaroodpornej michy jeszcze nie mialam, do supermarket rypac mi sie po nocy nie chcialo – no powiedzmy pod wieczor, ale ciemno bylo choc oko wykol, bo Wyspa w ramach oszczednosci swiatla uliczne ma rzadko i niechetnie.
Nie wyrzucilam tortownicy, bo co ona winna.
Nie wiem czemu nie zdecydowalam sie wylozyc jej alufolia – pewnei ze wzgledow estetycznych (buahahahahah...ahahahahaha...hhrr...hhrrrr... no juz mi lepiej), wiec zaczelam kombinowac, bo te galaretki rozrobione, nawet wymuzdzylam ze jedna zrobie gesta i pokroje na paski i wetkne w srodek zeby bylo piekniej. No szal cial mial byc oraz uprzezy...
Zrezygnowala zajarzalam do piekarnika gdzie byly losowe blachy, obskurne i oblesne niemilosiernie, porzucone przez bylych lokatorow i nie wyrzucone przez agencje/wlascicieli.
To byly takie blaczy to pieczenie ptactwa i innej padliny. Poprzepalane itp.
Ja sobie kupilam wlasna mala tacke-blaszke do pieczenie i opiekania malych wegetrainskich roznosci, a te postrachy higieniczne rzucilam w nieuzywany fragment piekarnika.
Wybralam jeden z mniej upapranych, wyszorowalam najlepiej jak moglam, wylozylam szczelnie alufolia. No na tyle szczlnei na ile sie dalo i zaczelam swoj aksperyment.
Po pierwsze okazalo sie, ze te pieprzone biszkopty nie nasiakaja galaretka tak jak sobie wyobrazilam.
Po drugie, skoro nie nasiakaja to zamiast lezec kulturalnie na dnie, wyplywaja jak glupie, co oczywiscie pozniej bylo przydatne bo przeciez zawartosc blaszki byla serwowana do gory nogami, ale akurat to mi do glowy nie przyszlo od razu.
Po trzecia ta gestsza galaretka wcale nie daje sie tak ladnie wylupac z foremki zeby ja pokroic z paski, wiec dekoracja wewnetrzna jest cokolwiek zwichrowana.
Po czwarte mandarynki po obraniu sa nieestetyczne i trzeba je pieczolowisie z tych farfocli obierac nie rzucajac nimy w furii po kuchni
Po piate te mendy nic nie tona, i wszystko plywa po wierzchu.
A to dopier pierwsza warstwa byla.
Na druga musialam czekac pare godzin bo nawet w lodowce nie tezalo az tak szybko jakbym chciala – ze zwgledu na rozmiar naczynia jak sadze, albo kwaski wyciekajace z mandarynek.
Noc sie zaczynala robic, wiec niecierpliwie druga warstwe wlalam na taka jeszcze nie doknca stezala pierwsza wiartwe w zwiazku z czym w przekroju zamias warstw byl przenikajacy sie koloczerwony z zoltym, czyli rozne odcienie pomaranczowego...
Caly ten naboj rozpaczliwie zamknelam w lodowce i poszlam spac.
O poranku mialam natchnienie.
“Skocze przed impreza do T, kupie bita smeitane i jakies dokoracjie cukiernicze i pokryje calosc ta bita smietana.” Powiedzialam do siebie i poszlam do Kolchozu.
Niezmotoryzowana mialam jakies 20 minut spokojnego spacer pokonania. Szlam szczegolnie spokojnie, zeby nie rorzsypac tej cholernej galaretki po drodze.
Do Kolchozu dotarlam, zlozylam pakiet w naszej lodowce, pokazala organizatorom, ze to moje i zeby nie zabierac bo ja jeszcze to chce udekorowac przed podaniem i poszlam na ugór (czyli do biurka).
Stosownie wczesniej pobieglam do T, kupilam bita smietane w sprau, nawet chyba ze dwie i jakies pierdoly do dekoracji, wrocilam do pracy, popedzilam do lodowki... a tam pusto.
Wszystko zostalo wymiecione. 
Lacznie z moim pakietem, ktory mial czekac na mnie.
‘Nosz qrwa mac’ pomyslalam i pobieglam na sale, godzie trwaly przygotowania. 

Oczywiscie jakas picza nie z Lowicza, usluznie wyjela moja glaretke-mutanta z lodowki, zeby sie rozgrzala, kurtyzana jej korzenie rodzinne montowala.

Powiedzialam glosno i wyraznie, ze to byl bardzo glupi pomysl, bo nie dosc, ze desery beda atakowane na koncu “imprezy” to wyjecie galaretki GODZINE przed rozpoczeciem to byl wrecz okropnie glupi pomysl.
Oczywiscie galaretka, po wylupaniu jej z formy przezentowala sie bardzo, ale to bardzo zalosnie, zgodnie z moimi obawami. 
Porównujac w mysli z inspiracyjny pierwowzorem mojej cioci, moje "dzielo" to byl po prosty obraz nedzy i rozpaczy.
Ale bylam juz tak wsciekla i przybita, bo tyle szarpania i nerwow (nie wspominajac o budzecie, ktory przekroczyl tego piataka dosc poteznie) i jakis kuzwa Helpi Helpersson, najbardziej pomocny Norweg swiata (Wendy jej na imie i jak odeszla w koncu z Kolchozu to totalnie NIKT za nia nie tesknil) musial mi naszpacic, ze bylo mi to juz wtedy bardzo obojetne.

Zrobilam galaretce z grzebietu mroki sredniowiecza przy pomocy bitej smietany w sprayu, obsypalam obficie gownem dekoracyjnym, postawilam w rogu deserowym i od tamtej pory moje oko tego rogu uwaga nie zaszczycilo, az do konca imprezy, kiedy przyszlo sprzatac.
Galaretowaty Mutant w barwach maskujacych. Po lewo widac ptasie.
Czulam sie odpowiedzialna za potencjalny koszmar galaretkowo-smietanowo-gówniany ktory tam pewnie stal rozpackujac sie niemilosiernie, wiec poszlam z czarnym workiem, gotowa na najgorsze...
...
..
.
A na tacy, na ktorej byla galaretka, byla doslownie trzy placki z bitej smietany, okruchy galaretowate niczym zarys zwlok, w ksztalcie szerokopojetego prostokata i pare dekoracyjnych gowien .
Zbaranialam.
Z tym czarnym workiem w garsci gapiac sie na ten widok i nie rozumiejac co widze.
Kolega z zespolu, zwany Andy’m podszedl do mnie i misinterpretujac moja postawe z autentycznym wspolczuciem w glosie powiedzial:
“No juz nic nie zostalo. A to byl najlepszy deser – taki  zaskakujaco smaczny i lekki”

Kurtyna.

Sunday, 7 May 2017

Krwiozercze warzywa vs Niszczyciel mRufa - uwaga - nie dla osob o slabych nerwach lub zoladku.

Czasem korci mnie zmienic moje motto na ten cytat:

"If it wasn't for bad luck, I wouldn't have any luck at all".

Ale to u mnie nie do konca tak, a przynajmniej nie w kompletnie negatywnym znaczeniu.
To raczej jest tak, jak z tym naszym dawnym sasiadem w bloku Rodzicielskim, bo ja jestem dziewczyna z blokowiska, no nie?
Otoz ten sasaid jakis mial niefart okropny dlugofalowo - ze mu najpierw uszkodzili aut, a jak tylko je naprawil to mu je ktos zajumal i pare innych niesypmatycznosci w kumulacji dostal - i sie uzalil mojemu Faderowi, ze on to ma takie gówniane szczescie.
Fader zaintrygowany zamienila sie w ucho o kstalcie znkau zapytania i uslyszal, ze jakby ktos rzucil 100 pomaranczy i jedno gówno i on, ten sasiad, siegnie w te starte na slepo to zlapie to jedno jedyne gówno.
To ja tez tak mam.
Ale jak ktos rzucic sterte gówna, a w niej dajmy na to z 10 pomranczy bedzie, to jak siegne na slepo (i z zatkanym nosem) to jeden z tych pomaranczy trafie.
Czesto bedzie to taki najmniejszy i juz lekko nadgnily, a wogole to sie okaze ze jestem uczulona na pomarancze (NIE jestem), ale bedzie.
Ewentualnie siegne i trafie truskawke (na to jestem uczulona) mimo, ze ich tam nie mialo byc.

To tak tytulem wprowadzenia.
Bo o tym co spotkalo mnie w minionym tygodniu, poczynajac od poniedzialku pierwszomajowego (gdy Merkury jeszcze w retro szalal, ale juz na wykonczeniu), to mialam wcale nie pisac, bo az taka reklama to jednak przesadna moze, ale jak opowiedzialam to M i ta prawie sie posmarkala ze smiechu, to sobie pomyslalam, a co tam, niech bedzie moja strata.

Otoz w poniedzialek w ramach majowki postanowilam ugotowac zupe w kolorze zielonym. Tzn akurat takiej mysli nie mialam, ale mialam kupiona piekna brokule, a do tego marchew i kartoszke, rozmrozilam pora (Por w kawalku slabo sie przechowuje zamrozony – lepiej go podziabac przed mrozeniem. Podobnie marchewka...).
Mialam sie zabrac za krojenie marchewki, ale az mnie odrzucilo od tego i postanowilam zetrzec ja na tarce (szczegolnie ze pokrojona przez mnie marchew smazy sie i dusi nieludzko dlugo.
Wyjelam tarke i rzucila mi sie w oczy NIGDY nie uzywana strona do plasterkowania.
Hm... pomyslalam zaintrygowana. 
I wcielilam w czyn.
Szlo mi swietnie, marchew plasterkowala sie jak marzenie i troche sie rozbestwilam i przy przedostatniej przegapilam konczenie sie marchewki....
I...
Nie wchodzac w detale, zatamowalam rozszczelniony palec, okleilam plastrem i zacielam sie w sobie.
'Malo, ze trafila mi sie krwiozercza marchew to jeszcze miala mi sie zmarnowac??' pomyslalam, 
'O NIE!'.
I dokonczylam plastrowanie w plastrze.
Rozochocona brakiem wiekszych strat w czlowieku, postanowilam w ten sam sposob potraktowac ziemniaczki.
Mlode byly i niezby wyrosniete, ale takie podlugowate mi sie akurat wybraly.
Ciach, ciach, ciach....
"Och Qrwa!" rozleglo sie w kuchennym aneksie.

Ziemniaki tez byly krwiozercze i ten 2gi z 5 ugryzl mnie tak, ze az mnie zatchnelo.

Epitety wyrwaly sie ze mnie konkretne, a rozszczelnienie okazalo sie sporo wieksze.
Probowalam odruchowo przez chwile szukac bakujacego kawalka, ale sie poddalam i zajelam uszczelnianiem ubytku.
Ubytek niestety okazal sie wyjatkowo upierdliwy tak lokalizacja jak i charakterem.

No ale w koncu pare kursow pierwszej pomocy mam za soba i jakims cudem nie padlam zemdlona, ani nie zapomnialam wszystkiego co wiem o rozszczelnieniach cietych konczyn, wiec oklejona lepami na 40% prawej gornej lapy, wqrwiona jak osa, popatrzylam zlowrogo na ten kartofel i wyzwalam mende na pojedynek.

Po jakims czasie, gdy wszystkie marchewki juz uduszone, a kartofelki miekkie i dorzucone do reszty duszonych-smazonych skladnikow zupy, czekaly sobie na patelni, az sie brokuly sie podgotuja, podjelam meska decyzje.

Zdezynfekuje rozszczelnienie.

To pierwsze bylo latwe – nic nie brakowalo i juz zaczynalo sie ladnie zasklepiac (w chwili pisanie tego fragmentu juz prawie nie bylo widac rozmiaru krwiozerczosci marchewki, a to raptem dzien 5ty gojenia byl).
To drugie... hm...
No coz, jak juz raportowalam tu i owdzie, w oczach stanely mi wsystkie pamietane filmy z Brucem Willisem, a takze jeden z episodow Taboo, kiedy to raniony bohater, twardziel nad twardziele, polewa najpierw obficie whiskey albo inna brandy w uklad pokarmowy, a nastepnia tak znieczulony polewa reszta ognistej wody ubytek cielesny, pominelam krok znieczulenia wewnetrznego i polalam moj ubytek spirytusem salicylowym.
.................
Doniesienia prasowe i medialne twierdza, ze niezidentyfikowany zrodlem ryk rozniosl sie po Europie, docierajac nawet do L, pod Stolyca.
To bylam prawdopodobnie ja.

Do towarzystwa puscilam jeszcze kilka niecenzuralnych inwektyw pod adresem szeroko pojetych winowajaców, a nastepnie oblepilam sie kolejnym zestawem lepow.
Ofiara kartofla - palec srodkowy - widac, ze kijowa loklizacja, nie?
Nastepnie zaczelam sie martwic.
- czy polalam ten spirytus aby nie za pozno?
- czy nie wda sie zakazenie?
- jak ja kuzwa leb jutro umyje?
- jak sie w ogole umyje cala?
- czy nie powinnam zawiezc sie przynajmniej do apteki zeby jakas masc antyseptyczna kupic – jeszcze nie bylo 16tej wiec wiekszosc sklepow w tym drogerio-apteka bylby otwarte.
Najpierw uznalam, ze w aptece i tak mi nie pomoga, a skoro brakujacego kawalka nie znalazlam, to nie ma tez sensu szukac pomocy lekarskiej w tej chwili, najwyzej jak sie okaze ze jednak sie zainfekowalo to bede szukac pomocy fachowej.
I wtedy przypomniala mi sie M oraz moja niedokonczona edukacja podyplomowa – Srebro!
Nie, no nie bizuteria tylko wlasciwosci metalu szlachetnego – sa one mianowicie przeciwbakteryjne i przeciwzapalne. 
Jak mama M wykonala sobie uszkodzenie ciete stopy kilka lat temu, to zalatwialy jej corki opatrunki ze srebrem, zeby przyspieszyc gojenie i zapobiec infekcji rany.
Moja ranka to ubytek, wiec mimo, ze nie jest duza to jest potencjalnie dosc ryzykowna.
Pomyslalam wiec, ze poszukam opatrunkow ze srebrem najpierw w internetach zakupowych, a jak tam sie nie da to w tej aptece internetowej co juz kiedys mnie ratowala z opalow oferujac swoje uslugi ekspresowej porady i dostawy.
Przestrzen zakupowa okazala sie przyjazna – opatrunki jalowe ze srebrem byly dostepne. 
Ceny takie troche mniej przyjazne, ale jak to Marga i dElvix mawiaja “pracuje sie to sie ma” wiec zaczelam szukac wlasciwego produktu.

Jak najmniejszy rozmiar byl potrzebny bo i tak sie bedzie marnowac biorac pod uwage, ze u mnie deficyt jest na palcu, a nie na powierzchnie plaskiej rozlozystej.
Wybor byl prawdziwie duzy. Opatrunki tez raczej spore.
Kopalam z zapamietaniem, az wykopalam cos co odczytalam jako opatrunek tasmowy, ze srebrem, 40 cm dlugosci.
Kosztowal prawie 20 lokalnych dukatow.
A od 20 jest darmowa dostawa.
Odruchowo puknelam paluchem w przycisk i okazalo sie, ze to nie byl ten co trzeba, bo mianowicie puknelam w “kup teraz bez zawracania dupy”.
Ale pomyslalam, ze skoro darmowa dostawa jest to po pierwsze moglabym skorzystac, a po drugie to pewnie moge odebrac w paczkomacie tylko musze zmienic adres dostawy.
I tu nastapila pomrocznosc jasna bo myslac, ze jesli nie zaakceptuje tego ostatniego ekranu i wyjde z aplikacji to nie bede miala dokonanego zakupu, tak wlasnie zrobilam i zaczelam process od nowa. Troche mnie zastanowil widok dostepnej ilosci minus jeden, ale pomyslalam ze to cash sie nie odswiezyl i wyparlam temat.

Zamowilam ten opatrunek w tasmie, z ekspresowa dostawa do paczkomatu (dodatkowo z filmem dvd pt Mad Max z 1979 roku korzystajac  nie z darmowej dostawy, ale z preferencyjnie niskiej ceny ekspresu), do odbioru nastepnego dnia i zadowolona z siebie, ze zapobiegne zakazeniu i tak sprytnie wykorzystalam opcje portal zakupowego, poszlam zastanawiac sie nad reszta zmartwien i dokonczyc produkcje zupy.
Potwierdzenie wyslania przyszlo po paru godzinach.

Popelnilam zupe, a nastepnie otworzylam sobie paczke bezcukrowych lakoci w ciemnej czkoladzie o smaku zurawiny, myslac, ze cos mi sie od zycia nalezy po takich przezyciach.

Lakocie byly kupione na zas dla Fadera, na czerwiec, ale po pierwsze kupilam 2 paki, a po drugie, jakby byly tak dobre jak kupione uprzednio jagodowe, to zawsze moglam odkupic pozarta pake.

Lakoc okazala sie szokujaco nieprzyjazna dla szczeki.
Nawet przec chwile zastanowilam sie czy tak oslablam w szczekach, ze sobie nie radze, ale przetestowalam szczeki na czyms innym i wyszlo mi, ze jednak nie, to nie ja.
Sprawdzilam profilaktycznie opakowanie i odkrylam, ze otrzymana przed tygodniem lakocie mialy przekroczona date przydatnosci do sporzycia o 2 miesiace.
Sprawdzilam druga pake – to samo.
Rozwazylam zwrot, ale jedna paka juz otwarta, wiec postanowilam, ze napisze do sprzedawcy z zazaleniem.
Nastepnego dnia Sprzedawca mnie przeprosil, powiedzial, ze faktycznie sprawdzil zapasy i cala partia lakoci o tym smaku byla tak samo przeterminowana i bedzie sie z dostawca klocil, a mnie daje zwrot kosztow i nie kaze odsylac niejadalnych lakoci.
Ucieszylam sie bo organicznie nie cierpie robic zwrotow, a refundacja kwoty prawie 20 lokalnych dukatow to fajna sprawa.
Nastepnie dostalam informacje, ze moje ekspresowa dostawa jest gotowa do odbioru. Zadowolona pojechalam do paczkomatu prosto z pracy.
Pobrana paka troche mnie zaskoczylo, bo jakos spodziewalam sie mniejszego jednak rozmiaru.

Wiedziona niecierpliwa ciekawoscia rozpakowalam przesylke w bagazniku pod sklepem i zdebialam.
Upragniony opatrunek tasmowy ze srebrem okazal sie...

Jamowym upatrunkiem jalowym. 
Alginianowym.

5 sztuk tego jalowego opatrunku jamowego w duzym pudle.

Bez nijakiego srebra.

"Qrwa."
Powiedzialam do siebie pod nosem beznamietnie.
"I co ja teraz zrobie?"
Zapytalam sie pod nosem nieco rozpaczliwie, a palec zawtorowal zalosnie dziabiac mnie fantomowo.

Owszem ubytek jest, no ale nie taki zeby jamowy opatrunek tam pchac.

Zamknelam auto i poszlam do lokalnej apteki, nieco beznadziejnie myslac, ze moze maja tam takie opatrunki jak ja chcialam.

Miec to oczywiscie NIE mieli, ale mieli za to...
Tadam!
Plastry z opatrunkiem z ionami srebra!

Wzielam i przy okazji zlapalam tez lepy wodoodporne rekomendowane do plywania z ranami cietymi malymi myslac, ze przynajmniej glowe umyje nieco latwiej.

Tego ranka mylam sie w jednej rekawiczce do farbowania wlosow (z farby kupionej omylkowo i nie uzytej bo z amoniakiem, ale od 2 lat nie wyrzuconej bo troche szkoda, poki data wanosci nie przekroczona), uszczelniona w nadgarstku gumka recepturka!

Stojac w ogonku patecznym pomyslalam ‘No to sie nacieszylam zwrotem za te lakocie...’, 
a nastepnie ‘a wlasciwie to nawet lepiej bo przynajmniej jest rownowaga w moim zyciowym ekosystemie’.

Pojechalam do domu i odkrylam, ze dostalam maila o wysylce mojego zamowionego opakowania opatrunku jalowego jamowego i ze bedzie on dostarczony jutro do domu.

Zamaralam.

A nastepnie pomyslalam ‘Oh qrwa, co znowu?’.

I przypomnialo mi sie to niefortunne pukniecie w przycisk “kup teraz bez zawracania dupy”.
(tu westchnelam ciezko i troche z rezygnacja)

Nastepnego dnia z lekkim niedowierzaniem (bo jednak mialam nadzieje, ze to system sie pomlil i wyslala mi to samo potwierdzenie 2 razy) patrzylam na moja skrzynke odbiorcza widzac w niej kolejno maile:
“Dzis bedziemy dostarczac”
Oraz
“Dostarczylismy do Twojej sasiadki”.

Majac na stanie 2 paki po 5 sztuk opatrunkow jalowych jamowych BEZ srebra, postanowilam zobaczyc co to jest.

Otworzylam jeden z pojemniczkow z towarem i odkrylam tam co nastepuje:
40cm watoliny do uszczelniania okien oraz niebieski patyczek do miesznia drinków, z bardzo przydatna miarka.

W ten sposob stalam sie wlascicielka 4 metrów tej watoliny do okien i 10 patyczkow do drinkow w cenie 4 funtow za odcinek 40cm plus patyczek.

Nie, nie bede robila zwrotu. 

Jeszcze jakbym jeden zestaw miala to moze, ale nie moglabym sobie spojrzec w oczy wmawiajac komus kto mnie nie zna, ze to na prawde bylo omylkowe i na prawde 2 razy nie wiedzialam, ze zamawiam nie to co chcialam...

---------------------------------------------
Jakby ktos potrzebowal – jeden jest juz niezdatny, ale nadal sluze 9cioma opatrunkami jamowymi alginianowymi wraz z dynksami do montazu.
---------------------------------------------