Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Tuesday, 15 May 2018

Tramwaj gume zlapal, czyli Fader vs ZbiorKom

Cisza tu, a czasu brak na relacje zalegle, ale tak na szybciorka opowiem o tym jak to Fader dzis do pracy jechal.
Fader troche "okulal" na górna lape z nieznanych powodów wiec mam nerwa i wydzwaniam do niego dwa razy dziennie - czyli bez zmian ale nie czekam az on zadzwoni za darmo tylko atakuje.
Z nerwowa drgawka, bo usiluje po glosie poznac jak status bolesci.
No i dzis po paru dniach optymizmu (dzis ma wizyte w przybytku stosownym, wiec nie tak, ze tylko czekamy) odebral telefon w pracy z takim jakims zbolalym a moze przybitym glosem.
Fakt, ze w pracy juz byl pozytywny, bo znaczy cokolwiek doelga, nie dolega na tyle, zeby w domu zostal.
No to na dziendobry, zamiast rzeczonego dziendobry uslyszal "co sie dzieje?".
Zaskoczony odparl jak nalezy pytaniem na pytanie "a dlaczego?"
No to wyjasnilam, ze ten ton taki.
A otóz wqrwiony. I to sam na siebie bo czlowiek taki bezmyslny i o. 40 minut pozniej do pracy dotarl niz powinien, chociaz na nic sie nie spoznil.
No to wlaczylam nasluch bo wiadomo bylo, ze mi opowie.
Otóz, dojchal tramwajem numer dwa tam gdzie trzeba, wysiadl i zobaczyl, ze do docelowego tramwju pt 17 ma jeszcze 5 minut, to opóscil leb (doslowny cytat) i popedzil na petle.
Stanal na tej petli, rozejrzal sie i zbaranial, bo petla pusta.
Ta dwójka co nie przyjechal juz odjechala, a z zadnej strony nie widac sladu tej 17-tki, ani w ogóle niczego tramwajowatego.
Rozejrzal sie dokladniej - hen daleko, na moscie jeszcze wiodacym zza Wisly widac ze cos mruga awaryjnie na pasie torach tramwajowych.
Znaczy tramwaj gume zlapal i zablokowal most, wszystko co bylo po tej stronie juz pojechalo, a nic nowego nie nadjedzie dopóki ten rozkraczony sie nie usunie z drogi.
Fader sie wkurzyl i postanowil, ze nie bedzie czekal tylko pojdzie na autobus.
(pare minut pózniej, na przystaku autobusowym)
Z tego przystanku nic za Wisle nie jedzie, a przynajmniej nic nie jedzie w kierunku pasujacym Faderowemu zapotrzebowaniu. Wkurzony juz poteznie Fader posunal sie nawet do zalezenia, ze widac jak jest tramwaj to autobusów juz nie puszczaja. Osobiscie uwazam, ze blednie, bo na pewno cos jezdzi w kierunku bardziej uczeszczanej trasy, ale nie bylo moja rola go korygowac - zadaniem moje bylo wysluchac, a nie krytykowac.
No i co tu robic, wrócil, chcac nie chcac, Fader na tramwajowym przystanek.
Oh! cos drgnelo - ten migajacy w oddali tramwaj ruszyl.
Nadzieja wkradla sie w ponure i wsciekle rozmyslania.
Tramwaj nadjechal, zignorowal wszystkie przystanki i udal sie prosto na petle, co troche zaniepokoilo naszego bohatera. Oczom jego ukazal sie front tramwaju, okropnie pognieciony!
"Stluczka byla!", wykrzyknelam dokrywczo w sluchawke, wyplatujac wlosy ze szpary w telefonie.
No wlasnie. I za tym jednym obitym, nadjechaly normanie tramwaje.
Fader wsiadl zadowolony do 17tki i pojechali.
Nie, nie, to nie wszystko. Jedna atrakcja to za malo na ekspresowy, impromptu wpisik.
W polowie drogi tramwaj sie zatrzymal - dla Stoliczn
ików - w okolicy al. solidarnosci.
Stanal i stoi.
Fader sie zorientowal, ze nie jada, wygladnal patrzec co jest. cholera wie. Nic nie jedzie po torach.
Siedza, czekaja, naród sie denerwuje - bo niektórzy, jak Fader juz swoje odczekali zeby dotrzec do tego miejsca, o!! nadjechala pomoc techniczna.
Nadjechala, okazalo sie ze tym razem na prawde tramwaj gume zlapal.
przylepiji mu latke, ale troche niechlujnie widac bo ruszyl, ale bardzo statecznie i wolniutko i potoczyl sie, a caly konwój tramsuff za nim jak za pogrzebem wrecz.
W koncu ten kulawy zjechal na okoliczna petelke cz ytam gdzies i Fader do swojego przystanku docelowego dotarl.
CZTERDZIESCI MINUT opóznienia!!
ukradzione z internetów, jako lepsza reprezentacja Faderowej sagi tramwajowej
Dwie atrakcje po drodze, na tym samym tramwaju!!
To chyba nawet bije Faderowa trase widokowa z ubieglego roku!

Monday, 16 April 2018

Merkury herbu zlamana skarpeta, czyli mRufa na zakupach (czytac: wystepach goscinnych).

...Smoczynska sie pewnie do mnie odzywac przestanie, ale trudno. 
MUSZE bo juz minely 3 tygodnie, a co wspomne to malo sie nie udusze...

Wchodzimy do sklepu obuwniczego, chyba sieci niemieckiej. Chyba bo sie nie znam, ale jak w nazwie jest CH i sie je wymawia jak Szi, to niemiecki jest jest pierwszym podejrzanym.
My czyli Smoczynska i ja.
Smoczynska kontuzjowana w kostke, bo przez poprzednie dwa dni uslilowala ja sobie popsuc ze sporym sukcesem. Czyli troche kustyka.
Ja zasadniczo nie uszkodzona, ale z narastajacym natezeniem BSE (z czego jeszcze wtedy nie zdawalam sobie sprawy, bo bylo nieco przedwczesne), wiec sie snuje jak wiadomo-co za wojskiem.
No to wchodzimy i na nasz widok podbiega, bez mala w podskokach pani z obslugi, dziewczatko wlasciwie - podejrzewam, ze cierpiace na poranna nadpobudliwosc, a ze jest dosc wczesnie bo przed 11ta i jest poniedzialek, po pierwszej niedzieli handlowej,  po wprowadzeniu ograniczenia handlu w niedziele, na Planecie Ojczystej to tym bardziej nadpobudliwosc jest zrozumiala.
No i my wchodzimy, ja niemrawo z natury, Smoczynska z koniecznosci, a ona do nas ze czym moze sluzyc.
Jako, ze przerwala nam konwersacje, ktora prowadzilysmy juz od wyjscia z samochodu
(no prawie, bo jako pierwszy padl nasza ofiara sklep literacko/muzyczny, znanej na Planecie Ojczystej sieci i tam rozmowa troche okulala bo sparlam sie poszukac pakietu audio-ksiazek o Pippi 'Langsztrum', ktorego oczywiscie nie bylo, ale kupilam 3 inne audio-ksiazki, opanowalam (z trudem) chec wykupienia wsystkich dostepnych ksiazek post-apo, po czym juz probujac wyjsc, zostalam przystopowana przez Smoczynska, ktora z nienacka postanowila tez cos kupic i w tym przystopowaniu zobaczylam film jaki chcialabym obejrzec, wiec sie wrocilam do kasy rozbawiajac sprzedawców, wiec zrozumialym jest ze rozmowa nam nieco okulala, a raczej zboczyla na inne tory, az wreszcie z okrzykiem JUZ NIC NIE KUPUJE - WYCHODZE  - O PATRZCIE - WYSZLAM ucieklam na zewnatrz, gdzie poczekalam, na kustykajaca Smoczynska)
, a podczas ktorej Smoczynska klarowala mi, ze choc raz w zyciu chcialaby buty nie tylko dobre i wygodne, ale i niedorgie i piekne zarazem, a ze Smoczynska cierpi na przypadlosci sporej stopy (jak na kobiete Europy Srodkowej, nie ze jakis Yeti czy inny Bigfoot tylko po prostu adekwatnie do wzrostu, a ze dziewcze wysokie, a na Planecie Ojczystej szaleje obuwie robione w Chinach), wiec marzenie owo bardzo rzadko udaje sie spelnic.
A ja snuje w tym czasie refleksje, jak to jeszcze 10 lat temu byla szczesliwa, jak trafila na umiarkowanie wygodny but odpowiedniego rozmairu, nie wazne jakiego koloru i czy byl damski czy nie, a teraz, prosze bardzo, nie dosc, ze ma byc wygodny, gustowny i damski, to jeszcze najlepiej kwiatki i w przystepnej cenie.
Rozbradziazyla sie i trzeba ja bedzie odstrzelic.

Bo my czesto rozmawiamy rownolegle - znamy sie tak dlugo, ze jakbym sie przyznala ile to by sie wszyscy pytali czy poznalysmy sie przed poczeciem, albo w poprzednim wcieleniu, ale nie, gdyz znamy sie wyraznie od poczatku sredniej szkoly i przyjaznimy sie tak prawdziwie od jej koncowki. A z racji odleglosci na codzien porozumiewamy sie przy pomocy komunikatora, a tam wiadomo - mozna prowadzic bez spiny 3 rozmowy na raz, a przy lekkim wysilk to nawet i 5.
No ale dosc tych wspomnien. Znamy sie w kazdym razie dlugo - dluzej niz z dElvix, a i nasze drogi zyciowe sa rownie splatane.

No i tak wlasnie widze czemu nie umiem nigdy nic opowiedziec zwiezle, nawet jak probuje - moje mysli, jak osmiornice, rozwatkowywuja sie bez umiaru, jedna ciagnie kolejna, rownie rozosmiona.

To wracam do tego sklepu.
Jako, ze pani nam te wieloplaszczyznowa rozmowe przerwala to ja juz z rozpedu powtorzylam jej za Smoczynska, ze szukamy bucika damskiego, pieknego i niedrogiego, na subtelna stópke rozmiar 43. Szerokopojety, bo prawde mowiac 44 tez by nie bylo od rzeczy, bo pasntwa rozmiarówka czasem bywa nadmiernie optymistyczna.
Pani widac, szkolenie przechodzila u ostatniego Mochikanina, bo nawet nie zaciela sie i wchodzac mi znowu w slowo odparla, ze w takim razie mamy szukac pudelek z nalepka XXL, bo to beda wieksze rozmiary.
Zerkanela katem oka i wpadla mi owa nalepka od razu w pole widzenia i tym razem to ja wykazalam poziom Yoda z opanowania, bo nalepeczka opiewala na rozmiar stopki 42 - czyli na upartego tylko 1/5-2 rozmiary wieksze od mojej pletewki, rozmiar sredni.
Klujacy sie komentarz przydusilam pieta mentalna i podziekowalam pani, a po chwili, juz na stronie wyznalam Smoczynskiej, ze przez chwile mialam sie z nia klocic, o ten rozmiar 44, bo przeciez wiem jaki nosi, ale widzac te nalepczke na 42 ogien w mojej duszy przygasl i poczulam sie poteznie zaskoczona.
Smoczynska tylko stoicko pokiwala glowa i dodala z cieniem politowania, ze "a widzisz, a Ty mi nie wierzylas, jak Ci mowilam, ze tu rozmiary sa conajmniej dziwne".
Po takim poczatku moglo byc tylko ciekawiej.
Albowiem, dodam gwoli wyjasnienie, ze przylecialam na wystepy goscinne, na skrzydlach Merkurego wchodzacego w retro.
Nie upieram sie i nie bede udowadniac, ze nie jestem wielbladem, a przeciwnie, inzynierem.

Tu mialo byc foto stosownego uniformu jaki posiadam, ale nie moge go namierzyc (ani w naturze, ani na fotografii wlasnej), wiec w zamian obrazek z internetów owej koszulki. Bozenka swiadkiem, ze posiadam ;).
Ale tak twierdza astrologiczne portale, a ja opowiadam tylko suche fakty z mojej podrozy, tak?
A konkretnie w tej chwili to z zakupów.
No.
W sklepie, w efekcie, zostala kupiona para czegos, ale nie wiem czego, ale nie butów i nie sznurowadel, bo Smoczynska kupowala wiec tylko z rozbawieniem zanotowalam, ze dobrze iz jestem przyzwyczajona i nastawilam sie, ze wchodzac tam zwiedzam cos w rodzaju muzeum niezwyklosci, to moglabym oszalec, bo w tym cholernym sklepie, ktorego od lat nie cierpie, gdyz maja buty moze i optycznie przyjemne, ale dla mnie nie do uzytku (ostatnia pare obuwia jaka tam nabylam, przeszlo 12 lat temu, trzymalam w pudelku przez cale lata, wyjmujac od czasu do czasu zeby na nie popatrzec, nie próbujac nawet zakladac, bo mankamenty ujawniaja sie w nich dopiero jak wyjmiesz je z pudelka i zorientuja sie, ze nie sa juz w sklepie - zupelnie jak koty kurzowe w moim obecnim domu), spedzilysmy z godzine i byla duza szansa, ze nic nie zostanie w nim kupione.
Ale nie w tym rzecz - to bylo tylko preludium.
Otoz kolejnym sklepem jaki odwiedzilysmy byl tekamaks.

W tym tekemaksie to ja jestem juz teraz spalona. 
Smoczynska zreszta tez.
Ale moze jak nie bedziemy juz tam wchodzic razem to nas osobno nie rozpoznaja.

Bo bylo tak:
Juz myslalam, ze skonczylysmy lazenie po sklepach, ale przyjaciolka moja sokolim wzrokiem wypatrzyla na rogu wkleslym (bo to w srodku budynku te rogi, a nie uliczne dajmy na to) wejscie do rzeczonego sklepu.
Sklep, kto w nim byl to wie, ze to takie 'hasie, szkło i bele co'. Tzn wszystkiego po trochu, ale ogolnie straszliwy balagan i chaos.
Tzn, w poniedzialek przed poludniem to nawet nie bylo az takiego balaganu.
I zawolala "Chocicmytam!! ja zawsze marze zeby tu wejsc, a nie byla od tamtego razu co mnie zabralas poprzednio" (jakies 2 lata temu to bylo)
No to idzmy, zgodzilam sie poblazliwie.
I weszlysmy.
Najpierw chyba na szerokopojetych ciuchach troche polazilysmy, a nastepnie ugrzezlysmy przy portfelach.
Aczkolwiek mozliwe, ze portfele byly pierwsze.
Smoczynska miala taka luzna mysl, ze moze by sobie portfelik nowy nabyla, bo skoro jednak nie buty, to chociaz milutki, damski portfelik.
Kto byl to wie jak wygladaja korytka z portfelkami.
Sodomia i Gomoria. Damskie, meskie, nijakie, totalnie pomieszane.
Przy 15tym ogladanym stracilam troche chec do zycia, bo jak ladny to za drogi, jak nie za drogi to nie ladny, jak ladny i nie za drogie to moze meski?
Przechwycilam jeden z tych ostatnich, przeczytalam etykietke i autorytatywnie mowie - "Damski."
"A skad masz pewnosc?" dopytala sie przyjaciólka.
"Bo ma tu napisane portmanetka, a jak portmanetka to na pewno damska." odparlam z glebokiem przekonaniem.
Przyjaciolka nie kwestionowala, tylko przyjela moja logike.
Przyjarzala sie paru innym, niepewnym oraz paru ewidantie damskim i mialy napisy portmanetka, wiec uspokojona zaczela sie przygotowywac mentalnie, ze moze ktorys z nich kupi.
Ja oddalilam sie do innej polki bo juz mnie te portfelki znudzily smeirtelnie.
Po chwili moich uszu dobiegl pelen wyrutu okrzyk "One WSZYSTKIE maja napisane portmanetka!!".
'CholeraByToWziela', zamamrotalam pod nasem, 'a bylo juz tak pieknie...'
No co ja poradze, ze leniwe barany, nie nalepiaja nalepek z wlasciwymi podpisami?
W moim domu RO miala portmanetki, a Fader portefele i portfeliki.
Osobiscie mam 3 portfele, wszystkie z premedytacja meskie i piterausik na drobne.
Tak jest takie slowo "piterausik".
JA go uzywam, a to znaczy ze takie slowo jest.
No.
Smoczynska stracila serce do tych portfeli zakamuflowanych jako portmanetki i poszlysmy gdzies dalej.
Na artykuly dekoracyjne, ktore prowadzily poprzez chybabuty do pólek/wieszaków z bielizna oraz skarpetami.
Najpierw ugrzezlysmy przy skarpetach.
Na dlugo.
Smoczynska chciala stopki.
Ja uwazalam, ze w jej rozmairze stópki ze stopkami moze byc troszke problem bo o ile skarpety damskie do 43 spokojnie spotykam, a takie bezplciowe, czyli 'gender' to i do 46 spotykam, tak stopek powyzej 42 jak dotad nie widzialam.
"Otoz sa", ona mi mówi. "Meskie stopki."
Zbaranialam coniebadz, bo pierwszy raz trafila mi sie koncepcja stopki na obuw typu balerinka meska.
Ale skoro ona mowi, ze kupila, to przeciez wie co mowi...
"Ale nie dalo sie ich zalozyc", mowi dalej. "Rozmiar wlasciwy ale na stope nie obstawalo."
Unioslam brwi pytajaco.
"Tylko do polowy."
"A Ty jestes pewna, ze nie usilaowalas zakaldac jej w poprzek??" wyrwalo mi sie kompletnie niekontrolowane pytanie.
Prych smiechu. Kiwniecie glowa.
"To moze taka mikro-stopke mialas co tylko palce zaslania? - Judi takie nosila do adidasow latem czasem, dla higieny"
"Ale palcow mi nie zaslanialo!!" wykrzyknela obruszoan moja niewiara przyjaciólka.
"A dokad Ty uwazalas, ze stopki normalnie siegaja?" dopytalam, bo tu juz zaczelam miec podejrzenia, ze Smoczynskiej definicja stopki i moja sie nieco mijaja - otóz idealna stopka utrzymuje sie na piecie sila woli (czytaj silikonowej nalepki), a z palcow zakryta wylacznie paznokcie i moze kawaleczek dalej, a z obuwia jej nie widac, chocby nie wiem co i kilka par takich stopek mam i bardzo sobie cenie.
"Ale pod spodem, no wiesz pod stopa, byl tylko taki cienki pasek!!" oburzyla sie Smoczynska.
"No bo wiesz, one nie maja wystawac po bokach, a juz tym bardziej NIE z butow!" wyjasnilam cierpliwie niedowierzajacej przyjaciólce. "A juz na pewno nie maja wystawac falbanka z boków obuwia."
(Swego czasu pracowala u nas taka panna, pochodzenia nie wiem jakiego, ale z obywatelstwem kanadyjskim, wiec nazwijmy ja Afro-Kanadyjka, jakkolwiek meblowo by to nie zabrzmialo i nosila ona do pantofli wszelakich stopki. Pantofle nosila czarne, a stopki tzw cieliste, ale nie Afro-cieliste, dodam wyjasniajaco i przykladala szczegolna uwage - widzialam jak przyklada i kontroluje rezultat - zeby ta bezowa stopka tworzyla na stópce rowniutka obraczke wokól krawedzi panotfla. Troche dalo mi to do myslenia w kwestii moich ciagot kanadyjskich, ale doszlam do wniosku, ze na pewno musu nie ma, mozna nosic w Kanadzie stopki, które z buta nie wylaza.)
W czasie tej dyskusji przemiescilysmy sie na druga strone polki gdzie wisialo wiecej skarpet, ale mniej stopek. Smoczynska juz w kucki, ogladala jakas pare skarpet, a nawet stopek, totalnie nie wiem po co bo byl to rozmiar maly - pozniej okazalo sie ze chciala mi kolor pokazac jaki jej sie podoba.
Uslyszalam mimochodem takie osoboliwe
'trrrrrt'
nic sobie nie pomyslalam, a juz na pewno nie zamierzalam ujawniac, ze to slyszalam, na wszelki wypadek, no nie, ale Smoczynska jakos dziwnie tak sie zachwiala i zaczela troche rozpaczliwie popiskiwac.
Spojrzalam na nia badawczo, a ona cichutkim takim glosikiem powiedziala cos czego w pierwszej chwili nie zrozumialam:
"Zlamalam skarpetke"
i zaczela sie w te kucki kiwac na losowo wybrane strony, dalej popiskujac, juz teraz z zamknietymi scisle oczami.
W pierwszej chwili zestawienie slów wtracilo mnie kompletnie z rownowagi, bo jak mozna zlamac tekstylium w temperaturze pokojowej, tak? Zamrozone owszem, da sie, ale surowe, tfu znaczy nie zamrozone tekstylia sa wyjatkowo malo lamliwe.
W drugiej chwili, nadal nie kojarzylam owego 'trrrrt' z komunikatem i pomyslalam, ze sobie pewnie rozdarla skarpetke, na palcu u stopy dajmy na to, a znam to uczucie i nie nalezy do uroczych, ale przeciez w butach krytych jest to nic nie widac, ewentualnie jakies jej zastepcze kupimy jkby ja ocierala prze te dziure.
W trzeciej chwili przyjaciolka moja odwiesila trzymane w reku skarpetki i byskawicznie sie podniosla.
(Te trzy chwile to trwaly moze ze 3 sekundy, no gora 5, zeby nie bylo, ze ja taka tepa)
Tu wreszcie do mnie dotarlo o czym ona mowi, obmacalam odwieszone skarpetki, ktore byly nanizane na sztywnik, nie z tekturki, ale z jakiegos slabosprezystego tworzywa, slabym glosem dopytalam "te??" i prawie usiadlam ze smiechu na ziemii bo przeciez tez juz bylam od pewnego czasu w kucki.
Nabralam w koncu obaw, ze sie posiusiam, ale udalo mi sie nie, tzn posiusialam sie ale wylacznie oczami.
Przyjaciolce do towarzytwa sie tymi oczami.
Smialysmy sie bardzo dlugo, prychalysmy, pialysmy, placzac rzewnie ze smiechu, rozbolaly nas przepony, a ja sie na dodatek posmarkalam, bo przypomnial mi sie tez baranek co mu sie nozki (nie)zgninaly.
Znaczy owieczka.
Sploszone nieliczne klientki zagladaly tylko z daleka w nasza alejke i uciekaly w przeciwnym kierunku.
Obsluga tez, baczac tylko czy nie demolujemy lokalu, omijaja zródlo halasu szerokim lukiem.

W koncu udalo nam sie obu odzyskac kontrole nad konczynami i odsunac od tej zlamanej skarpety.

Nie daleko, ot z pól metra, bo dalej wisiala bielizna.
Taka specjalistyczna - korygujaca.
Tu dodam slowem wyjasnienia, ze moja przyjaciolka bielizne nosi wylacznie z przemytu, wyspowa, tzn polowe bielizny. 
Te dolna polwe. 
Chajdawerki znaczy. 
Czyli Gaciorki.

Co jakis czas, odkad zamknieto na Planecie Ojczystej sklep z sieci przez nia lubianej, sklada u mnie zapotrzebowanie, przechodzimy proces selekcji fasonu i rozmiaru, bo odleglosci miedzy wydarzeniami sa na tyle duze, ze sklep w ktorym nalezy dokonac zakupu zmenia asortyment i trzeba na nowo wykryc pasowny fason. 
Pierwszy raz jak dostalam takie zapotrzebowanie to padly slowo zlowrózbne, mianowicie, ze ma byc ze 100% bawelny, w konkretnym modelu.
BOGOWIE, ile ja sie nakopalam w owym sklepie na zywo jak i na wirtualno... 
JA do dwóch roznych oddzialow sklepu pojechalam, w sasiednim hrabstwie! 
I ni wuja. 
Ani gaci. 
Jak bawelna to nie takie, jak takie to nie bawelna, a modelu z wybranym numerze to w ogole nie ma.
Zeby nie fotka galotuff z owym numerem modela to bym zaczela przyjaciolke moja podejrzewac a haluny normalnie.
W koncu poszlam na zywiol, wybralam mix - troche bawelny, troche takich optycznie pasujacych, choc ogolnie na tylek. 
(jedna pare donaszam do dzis z tego miksu miedzy nami mówia - takie granatowe w biale groszki, jako jedyne w 100% bawelniane...)
Okazalo sie wtedy, ze te 100% bawelny co to niby bylo w gaciach to byla w tej czesci higienicznej, a reszta byla mixem jakims bawelny z czymstam.
No ale przez lat pare udalo nam sie dojsc do kompromisu i tylko rozmiar zawsze jest nieco kontrowersyjny, ale zwykle udaje nam sie dogadac.
(Górne polowy bielizniane dla odmiany przemycam czasem dla dElvix i w ten sposób czesto wioze omc komplety, tyle ze z roznych sklepów i w róznych kolorach.)
Ale nie w tym rzecz - chodzilo o te bawelne.
No i Smoczynska patrzy zaciekawiona na rozmaite flakowate gacie korekcyjne na wieszaczkach i mowi:
"Ooo... majty wyszczuplajace, moze takie by mi sie przydaly?"
"Ale zdajesz sobie sprawe, ze one z bawelna to sie nawet nie widzialy??" odparlam z potepieniem.
Przyjaciolka mruknela cos niewyraznie i niechetnie i grzebia dalej, az tu nagle wykrzykuje podtykajac mi jeden z flaczkow bieliznianych pod nos:
"O a te zobacz, sa bawelniane..."
Zerkam na nie i mowie:
"Tak, ale zauwaz, ze ten panel wyszczuplajacy w srodku NIE jest bawelniany i ma raptem 5 cm szerokosci, wiec zdajesz sobie sprawe jak to bedzie sie po zalozeniu sie prezentowaly?" Tu dokonuje recznej deomstracji:"Jak chomik z wypchanymi kieszeniami."
No owszem zlamanej skarpecie glupawka numer 2 nie dorównala, ale ze sekcji bieliznianej wynioslysmy sie czym predzej.
Nie, ze ze sklepu calkiem, tylko na zabawki i dzieciece ciuchy, dalej na buty, rowniez dzieciece i odpracowawszy jeszcze drobna glupawke w dziale meskich koszul, gdzie pokazalm Smoczynskiej meska niebieska koszule w granatowe szkice rajskich ptaków i zasugerowalam wizje rekacji Fadera jakbym mu taka koszulke sprezentowala (jak to wylatuje przez okna najpierw ja, a pózniej ta koszula, ewentualnie na odwrót), nastepnie zaproponowalam sprawdzenie co zrobil by Smok.
Nie chciala.

Mówila, ze z 3ciego pietra lot sie jej nie usmiecha. (Ja na parterze mam lokum, wysokim, bo wysokim, ale jednak parterze)
Dziwna jakas nie? ;)

Pomijam juz taki drobiazg, ze chwile pózniej, podczas posilku Smoczynskiej udalo sie zgubic ulubiony szaliczek (ktory jakis tydzien z haczykiem pozniej odzyskala, acz nie wiem do dzis czy w owej jadlodajni czy w jakims biurze rzeczy znalezionych, bo mi nie powiedziala) oraz to, ze nam w kinie nie chciano sprzedac biletow na miejsca przy oknie, bo jakos nigdy nie chca, a w trakcie seansu okazalo sie, ze jestesmy niekompatybilne bo ja nie moge siedziec nisko, a ona wysoko - bo ja nisko to glowe musze wyginac jak u fryzjera przy myciu glowy zeby ekran widziec, a ona wysoko nic nie widzi bo lubi glowe wyginac jak przy myciu glowy u fryzjera, a takze ze pod sam koniec zakupów, w spozywczaku, na Smoczynska rzucil sie mazurek, a mnie opikalo na bramkach, tzn moja torebke opikalo, w ktorej byl ten film zakupiony na samym wstepie.
O butelce (2litrowej) trucizny dla Smoka ('dla' nie 'na', bo Smok jak i ja lubi Maksiora), ktora moja przyjaciolka z jakiegos powodu z uporem maniaka stawiala na tasmie zamiast polozyc i ktora (butelka, nie Smoczynska) przy kolejnym drgnieciu tasmy w koncu rzucila sie samobojczym lotem koszacym na ziemie, tez wspominac nie warto,
Ale opowiem na zakonczenie angdote, jaka sprzedali nam nadgryzieni zebem czasu ochorniarze ze spozywczaka, bo zarowna ja jak i Smoczysnka miewamy u taki panow (nadgryzionych zebem czasu) szalone powodzenie - znaczy nie ze nas podrywaja czy cos, ale uwielbiaja nam opowiadac historie z wojska i w ogole.
Otoz jak mnie opikalo to przybieglo ich az dwoch i z lekkim rozbawieniem przygladali sie naszej miotaninie przy kasie, az w koncu zapytali mnie o zawartosc torebki, to im pokazalam, nie chciali grzebac sami tylko uwierzyli na slowo, cienasy hehe, wytypowali ten film i kazali przejsc przez bramke bez filmu - cisza. Z filmem - piiii, piiii, piiii.
Zameldowali Wielkiemu Bratu, ze ten film i jeden z nich postanowil mnie pocieszyc ze ja to pikus, bo raz taki starszy gosciu (hm... pomyslalam w milczeniu) chleb kupil i piszczla jak szalony. Z chlebem i bez chleba - czyli, nikt w chlebie kontrabandy nie zapiekl, az w koncu zdenerwowanego chlopine wzieli na dyzurke i tam po dluzszych ogledzinach z recznym skanerem okazalo sie ze piszczy mu but. Nie nowy wiec ki grzyb, no nie?
Otoz okazalo sie, ze wlazl starszy pan na nalepke z zabezpieczeniem w innym sklepie, albo po drodze, zintegrowal mu sie z nalepka kamaszek i dawaj popiskiwac w bramakch.
To co, ktos ze mna na zakupy ma chec sie wybrac? Albo do kina?
Nie?
Dziwni jacys...

Tuesday, 27 February 2018

A jedzze do Diabla i inne lupy

Zapytalam sie w pracy "czy moge jechac na urlop?"
"NIE" odrzekli.
"A wlasnie, ze pojade" odparlam gniewnie.
A oni na to "A jedzze do diabla"
Diabel laskawie nie protestowala i pojechalam.
Najpierw jednakowoz dokonalam róznych czynnosci organizacyjnych i miedzy innymi zarezerwowalam sobie hotel, na jedna noc.
Diabel goscinnie zaproponowala mi kanape w salonie, a ze ja grymasna nie jestem, a koniec miesiaca majac na oku tym bardziej nie oponowalam, ale poniewaz wracac mialam w poniedzialek poznym popoludniem to wyszlo mi, ze albo moge koczowac na terminalu od bladego poranka (i to jeszcze zanim dotarlo do mnie jak baldy ten poranek musialby byc, bo jak pozniej uslyszalam, o której godzinie Diabel mówi swiatu dziendobry to mi szczeka opadla), albo sie spoznic na samolot, to poszukalam sobie tego hotelu w poblizu lotniska.
Nie byl to moze luksusowym hotel na terminalu, ani inne pokoje na godziny, tylko hotelik w poblizu, z darmowym dojazdem na lotnisko, w rozsadnej cenie, z doba konczaca sie w poludnie, czyli bardzo korzystnie dla mnie, a na dodatek nie wymagal platnosci z góry i pozwala na darmowa rezygnacje, to sie zdecydowalam. (Hotel nosi nazwe Leonardo, ale ja z jakiegos powodu maniacko mówilam o nim Leonidas, pewnie myslalam o Sparcie jak go rezerwowalam...)
I pojechalam.
Tzn, najpierw to poszlam dzien wczesniej do pubu, bo kolega z pracy odchodzil i trzeba bylo mu zgotowac godziwe pozegnanie, które uczcilam o tyle nietypowo, ze udalo mi sie najpierw ruszyc w droge po zmroku bez swiatel, ale to dosc szybko skorygowalam, bo niejako rzucalo sie w oczy, a nastepnie w ferworze mysli i polowania na parking udalo mi sie wjechac w jedno skrzyzowanie pod prad. Stety/niestety nikt na swiatlach nie stal wiec nie bylo katastrofy od razu, ale równiez przez to nie zorientowalam sie, ze pcham sie za wczesnie, ale zanim zdolalam umknac na wlasciwy pas, pojazdy z przeciwka zaczely lecic w moja strone jak muchy w strone g*wna wiec sie troche zdenerowowalam.
To zdarzenie tak mnie zdegustowalo, ze bylam wlasciwie o krok od powrotu do domu bez pozegnania, bo juz bylo widac ze jestem w szczycie "formy", ale tu juz los sie do mnie usmiechnal i znalazlam wtedy miejsce na parkingu w idealnym miejscu i po prostu poszlam dalej pieszo.

Wynikiem tego wieczoru (oprócz osobliwego kaca moralnego, nad którym roztkliwiac sie tu nie bede) bylo ciezkie niedospanie nastepnego dnia, kiedy to wiozlam sie na lotnisko, ale nie ma tego zlego, bo chyba tylko dzieki temu nie dotknely mnie spodziewane korki w drodze na lotnisko.
Na lotnisku natrafilam na dwa widoki, które wprawily mnie po kolei:
w stupor:
Chodzi o nabozny stupor nad dopasowanym obuwiem i torebka do kreacji glównej po prawej.

w zachwyt:
Bo kurde, jak fajnie sie w japkiem komponuje!
A nastepnie, bez opóznien i ciezko tym zaskoczona polecialam do Diabla.
Po drugiej stronie umówione bylysmy nadwyraz precyzyjnie - otóz Diabel miala byc w czerwonym plaszczyku, a ja w posiadaniu czarnej kurtki z czerwonym od srodka.
Wyszlam na terminal z walizka i dostalam ataku smiechu - otóz caly terminal przylotów wrecz ociekal czerwienia, a co gorsza odkrylam, ze kompletnie nie maja tu szacunku dla autorytetów, bo o:

Nikt nie jeste bezpieczny, NIKT! Zero szacunku normalnie.

Postanowilam zatem odsunac sie nieco od tych wszystkich czerwieni, bo przesz nie zobacze Diabla w plaszczyku, z którym mamy jedno wspólne imie - Diabel, bo ja oficjalnie w papierach mam przeciez Mrufa Diable Mrufczynska.
Oczywiscie i tak nie zobaczylam Diabla bo ona popedzila proste w te ociekajace czerwienie, a ja zajeta kupowaniem powitalnego maxa i przeyspywaniem z pustego w prózne czyli wymiany walut w portfelku.

Wszystko wygladalo niewinnie (jak na buraczane pola rzecz jasna, bo gimnastyka przepony rozpoczela sie juz w drodze z lotniska, gdyz Diabel poczula sie ogluszona faktem, ze na górze weszla z ulicy, a teraz na dole tez ma przed soba ulice, ale to udalo nam sie ogarnac niejako w biegu), az w koncu zaczely padac slowa kultowe, mianowicie Borsuk, w polowie pierwszego wieczoru ni z tego ni z owego powiedzial:
"przeciez ja tu z Wami siedziec nie musze?"
Przyznalysmy mu racje, po czym ja po namysle dodalam:
"Ale nikt Cie nie wygania, no nie?"
Borsuk kiwnal glowa, oparl sie wygodniej o skrzyneczke przy pomocy stopy i tak juz pozostal.

Co uznalam za komplement miesiaca.

W sobote Diabel zabrala mnie na miasto (napelniwszy mnie uprzednio preclami po kokardy, mniam!), gdzie najpierw udalo nam sie nieco zgubic w podziemiach - biore to na siebie, a nastepnie wpadlam w cielecy zachwyt w sklepie w przyprawami, pózniej w kolejny w sklepie z herbata, a pózniej poprowadzila jak po sznurku,
mijajac taki smiszny budynek ze spiralnymi oknami
Oraz najbardziej uroczy jednoslad zabepieczony przed kradzieza!
prosto do mojego ukochanego sklepu z odzieza (twierdzac, ze nie bardzi wie gdzie on jest, taki maly klamczuszek  niej no... ;) ), gdzie cierpliwie przeczekala moje szalenstwo w przymierzalni, sluzac rada i pomoca, a nastepnie, jak nic w ramach zemsty przeczolgala mnie przez reszte okolicy ;) (i cudownie kolorowe sklepy z asortymentem typu "hasie, szklo i byleco" które uwielbiam, wiec jako kara bylo to coniebadz wybrakowane).
Nastepnie sama siebie napelnilam preclami (tym razem w hamerykanskim stylu i na slodko), a torbe przyprawami ze sklepu z przyprawami - kupujac miedzy innymi suche dipy (to wazne bowiem stanowily atrakcje wieczoru) nabawiajac sie epickiej zgagi.
Po powrocie zdalysmy relacje z wycieczki, a takze ja zdalam bardzo precyzyjne sprawozdanie z zakupów i zdobytych lupów:
"I kupilam tez te Suchie Dupy!!"
Tu zapadla chwilowa konsternacja, bo o ile nie jest to jakies strasznie wulgarne to zabrzmialo dosc zaskakujaco w zestawieniu z wymienianymi przed chwila spodniami, serami i przyprawami oraz pasta z pasternaku i chili.
Czym predzej skorygowalam spooneryzm bo mialy byc to rzecz jasna te "suche dipy", ale specjal przynajmnie do konca mojej wizyty nie byl okreslany inaczej i wieczorowa przekoska obfitowala w suchie dupy.
Tak pieknie rozpczety dzien mógl tylko zakonczyc sie rozczarowaniem - otóz odkrylam, ze nie dosc, ze w niemieckich supermarketach nie sprzedaja srodków na zgage, to na dodatek apteki w soboty zamykaja sie o jakiejs nieludzkiej porze, zupelnie jakby aptekarze chodzili spac z kurami!
Rum z trucizna jako lekartswo zastepcze okazal sie nieoczekiwanie skuteczny, acz dopuszczam ze pomogla mi najbardziej lokalna odmiana trucizny:
Marga - widzisz to? otóz moge to pic z braku maxa!! ;) i mozliwe ze leczy zgage!!

Nastepnie, w koncu wieczora Borsuk rzucil mnie na mentalne kolana. Mianowicie po filmie (Natural born killers, no nic nie poradze, jakos wczesniej nie bylo okazji obejrzenia) i wyjatkowo dziwnym odcinku Family Guy, wylaczajac duzy ekran wyglosil, smiertelnie powaznie i z namaszczeniem:
"Baranek Bozy oswiadczyl, ze od gladzenia grzechów swiata ma parchy na kopytku" co wpedzilo mnie w stupor i zarazem atak smiechu i to ostatnie ogarnia mnie co sobie o tym przypomne.

Zapomnialam z tego wszystkiego anulowac sobie hotel, co mialo znamienne skutki i zaraz o tym opowiem (i wcale nie chodzi o to ze mnie Diabel z Borsukiem wysmiali, a wysmiali mnie slusznie bo salonowa kanapa byla bardzo, ale to bardzo wygodna i szersza niz polowa podwójnego loza hotelowego, gdyz loze skladalo sie z dwóch bardzo waskich jedynek i maniacko wlatalam w przerwe miedzy materacami, albo usilowalam sie spitolic na podloge, budzac sie kilkakrotnie w nocy od wyrzutu adrenaliny o wlos od spadniecia, a i przescieradlo tez dali mi najlepsze w domu bo satynowe, co nawet sie dobrze sklada bo ja swój szlechetny zad skladam wylacznie w posciele satynowe, a w innych zle mi sie spi ;) ).
Wszystko co dobre musi sie kiedys skonczyc, wiec nastepnego dnia powital nas snieg, który padal az do póznej nocy, ale Borsuk byl nieugiety i wyprowadzil nas na spacer.
(juz zapowiedzialam, ze przyjezdzam do Borsuka na obóz kondycyjny, bo jako trener jest wyjatkowo skuteczny)
Po drodze rzucil sie na nas lokalny polski folklor, zywo przywodzac wyspowe folklorowe klimaty, a na miejscu pokazal mi - Borsuk, nie folklor - fikusny budynek na linii horyzontu mówiac:
"Widzisz? to nasza Filharmonia." Pokiwalam z szacunkiem glowa, a w duchu pomyslalam sobie 'jerzu brodaty jaki to hektar, jak to dobrze, ze ja tam nie ide', a nastepnie przegonil mnie - znowu Borsuk, nie folklor (Diabel niby snula sie moim tempem, ale nie mam watpliwosci, ze robila wylacznie z daleko posunietej grzecznosci i goscinnosci!) - w tym sniegu padajacym, po placu budowy (promenada przy porcie dostaje lifting i niefortunnie akurat w chwili obecnej lifting ten sprawia, ze do portu dotrzec per pedes w lini prostej sie nie dalo) i po jakims czasie, niewspolmiernie krótkim biorac pod uwage moje doznania wewnetrzne (rozmaite schody, podsypane chlapiacym sie sniegiem i moje osobiste zachwiania, plus stara kontuzja piszczeli odzywajaca sie w kazde zalamanie pogody), odkrylam ze wlasnie jestem naklaniana grzecznie, acz nieustepliwie do wjechania ruchomymi schodami do Filharmonii!!
Tej co byla na granicy horyzontu!
Widoki byly godne wysilku, nie powiem, acz nieco powiewami mroznymi zaklócane.
Nastepnie pokazano mi system mostów po których sie chodzi jak woda zaleje port, na wysokosci mniej wiecej trzeciego pietra, na co mentalnie opadla mi szczeka, a katem oka zauwazylam, ze miasto posiada muzeum, które bardzo bym chetnie odwiedzila, acz moze nie w danym momencie:
Jedyne muzeum, nie zwiazane z technika/militariami/nauka/alkoholem, co ja bym je chetnie nawiedzila, ma tez udatny gust w samochodach ;)
Spacer zakonczyl sie i nieublaganie zaczal zblizac sie czas.
Czas odprawy.
Tej dokonalam radosnie i dynamicznie, miejsce siedzace dostalam i nawet przy oknie, czego nigdy nie udaje mi sie dokonac w takim dajmy na to kinie.
Minely dwie godziny i dostalam smsa.
"Twój lot zostal odwolany. Przebukowalismy Cie na inny 2.5 godziny wczesniej. Wejdz na nasza strone, zeby potwierdzic."
Podzielilam sie tym z moimi gospodarzami.
Uslyszalam w odpowiedzi i nieco nie na temat, po raz kolejny co mysla o moich planach hotelowych, bo przeciez Borsuk by mnie jutro odwiózl, bo pracuje na popoludnie akurat. Ja posypalam glowe popiolem, ale bylo juz po ptokach, tzn moglam do hotelu sie nie pchac, ale i tak musialabym juz zan zaplacic, wiec postanowilam uwolnic przemilych i przegoscinnych gospodarzy pola buraczanego od mojej obecnosci.
Potwierdzilam zatem zmiane lotu, odmówiono mi prawa do taksówki i Diabel wraz z Borsukiem wsiedli ze mna w auto i powiezli mnie do hotelu. Tam nadopiekuncza Diabel upewnila sie ze dogadam sie w jezyku wyspowym i dopiero udala sie z malzonkiem na domowe pielesze.

Pozostawiona solo natychmiast przystapilam do interesów i poprosilam o rezerwacja miejsca w transporcie na lotnisko.
Uslyszlama, ze oczywiscie, na która godzine, bo pierwszy pojazd bedzie jechacl na lotnisko o 12.20.
Zbaranialam oczywiscie na poczekaniu, bo o ile na mój lot oryginalny to by bylo idealne, to na ten nowy, zastepczy bylo do luftu - mianowicie o 12.20 to juz bylo po buraczkach.
Przypominam, ze wybieralam hotel ze wzgledu na bliskosc lotniska i bezplatny transport na owo... 
Z zaskoczenia wylacznie nie zdazylam zbaraniec porzadnie, tylko tak po wierchu mnie trzepnelo i zarzadalam taksówki. Okazalo sie byc to calkowiecie wykonalne, ale zalecono mi zrobic to jutro po sniadaniu. Co tez mnie nieco zaskoczylo bo bylam gleboko przekonana, ze wybralam opcje bez sniadania, nie tyle zeby bylo po taniosci, ale glównie zeby nie robic sobie nadziei na wyzerke, bo wiekszosc sniadan hotelowych na kontynencie to jedna wielka sciema.
Nie byl to koniec atrkacji gdyz, po zdobyciu lotniska i bramki uslyszlama komunikat, który mnie nieco zmorzil - otóz mój szczatkowy niemiecki zarejestrowal ze cos mówia o moim locie i o tym ,ze bedzie o 45 minut opozniony (tzn zrozumialam nowa godizne odlotu nie ze 45 minut lol)... odczekalam niezrozumiala mi reszte komunikatu i uslyszlam powtórke juz in inglisz.
Tak, ze moj oryginalny lot odwalono, a zastepczy lot byl w efekcie tak opózniony, ze na Wyspe dotarlam zaledwie jakies 30 minut przed czasem lotu oryginalnego...
Owszem moglo byc gorzej, jak np Przebrzydluch, który utknal byl w Hiszpanii w pazdzierniku, na 2 dwa dni, bo mu odwolali lot i co gorsza, przez to ze postanowil byc twardzielem i radzic sobie samemu to nawet nie dostal rekompensaty, która mu sie nalezala.

---------------------Errata---------------------------

PS - Jako grand finale wystapila siurpryza - mianowicie po przyjezdzie doma usilowalam wykonac jakis posilek, zanurkowalam do zamrazarki i zbaranialam bo produkty zamrozone na kosc wydaly mi sie w dotyku, jakos za malo mrozone - niby chlodne, ale jak z lodówki,  nie jak z lodu. W pierwszej chwili zelektryzowala mnie mysl - quzwa, nastepna ofiara zeba czasu?? Ale po chwili tknela mnie mysl jeszcze gorsza, zerknelam na gniazdka i wypuscilam z siebie wiache takich komplementów, ze okoliczni szewcy i murarze padli w naboznym zachwycie.
Co sie stalo? Otóz poziom niedospania po wieczorze w pubie przed wyjazdem mial tez negatywny skutek uboczny - zamiast wylaczyc gniazdko po czajniku, który chwilowo spedze czas z Przebrzydluchem - dluga historia i niegodna wzmianki, wylaczylam gniazdko w ktore wetknieta jest zamrazarka - dla niewatejmnicoznych - na Wyspie gniazdka w scianie maja pstryczki elektryczki. Podobno ogranicza to zuzycie pradu... ;)